Czytać czy nie czytać, oto jest pytanie

Czytać czy nie czytać, oto jest pytanie

Malkontenci biją na alarm. 38% Polaków przeczytało w roku 2017 przynajmniej 1 książkę.  Pozostali (62% sic!) nie czytają wcale. 9% obywateli RP ma na swoim koncie aż 7 książek lub nawet więcej, ale to nie czyni wiosny. Statystycznie na głowę przypada ponoć 1,4 książki różnej objętości i jakości. W latach 2015 – 16 było jeszcze gorzej (37%). Najlepiej wypadliśmy w 2008 r. – aż 58% osiągnęło minimum kwalifikujące do bycia „piśmiennym”. 

 

Spojrzenie na dane historyczne wyjaśnia, że nigdy nie byliśmy mocarzami w tej sferze. W I Rzeczpospolitej aż 90% społeczeństwa nie potrafiło czytać i pisać. Jeszcze w 1870 r. wskaźniki analfabetyzmu sięgnęły w zaborze rosyjskim i w Galicji 80%, tylko w zaborze niemieckim było znacznie lepiej –zaledwie 30% niepiśmiennych. Do niepodległej Polski weszliśmy z równie niechlubnymi proporcjami: odsetek analfabetów w Królestwie Polskim wynosił 57%, w zaborze austriackim – 40%. Palmę pierwszeństwa dzierżyła Wielkopolska – to tylko 5% . Ostatni przed wybuchem II wojny spis powszechny (1931 r.) ujawnił jeszcze 23,1% analfabetów, najwięcej na wschodnich kresach. Prowadzona w Polsce Ludowej akcja likwidacji tego niechlubnego dziedzictwa przyniosła sukces – analfabetyzm jako zjawisko masowe odszedł w niepamięć, choć jeszcze w latach 80. ubiegłego wieku spotkałem na wschodnim  skraju Puszczy Augustowskiej miejscowego kłusownika, który ani be, ani me, jego żona była lepsza, umiała się podpisać i czytała drukowane. 

Historia wyjaśnia, skąd ta niechęć do słowa pisanego, ale tylko trochę. Więcej mówią badania n.t. źródeł pozyskiwania informacji. Okazuje się, że aż 55%  tych, którzy nie czytają wcale, zdobywa informacje z telewizji, po części też z radia. Zjawisko to, nazywane postalfabetyzmem, ma szeroki, światowy zasięg. Michael Wolff autor książki „Ogień i furia” mianem postalfabety obdarza nawet prezydenta Trumpa, pisząc: „Trump nie czyta, bo nie musi i to […] jeden z jego głównych wyróżników jako populisty; był człowiekiem postalfabetycznym, w pełni polegającym na telewizji”. Skoro tak, jesteśmy rozgrzeszeni.    

 

Rewolucja teleinformatyczna powoduje (bo to proces ciągły) ogromne zmiany w osobowości homo sapiens. Choć moraliści („człowiek to brzmi dumnie”) wciąż uważają, że wyróżnikiem rodzaju ludzkiego jest intelekt i zdolność odróżniania dobrego od złego, to naprawdę mamy to czynienia z nową mutacją gatunku, a przynajmniej ze znacznymi jego przekształceniami. Dla młodych generacji Ziemian najważniejsze są: precyzja/zgodność przekazu z rzeczywistością (stąd przewaga obrazu nad słowem, czy kina nad literaturą, charakterystyczna dla współczesnej cywilizacji obrazkowej, nawet uczucia da się wyrazić za pomocą emotikonów) oraz szybkość  przekazywania informacji. Dotarcie do nich następuje błyskawicznie: w ciągu kilkunastu sekund sprawny operator smartfona może dowiedzieć się, że właśnie warszawska „Legia” – jego ukochany piłkarski klub - szpetnie umoczyła w „kelnerami” z Luksemburga. Skoro ma być wiernie i błyskawicznie, musi być oszczędnie. Twitterogranicza wypowiedzi do 160 znaków. Nie ma tu miejsca ani na opisy przyrody w stylu Sienkiewicza ani na duchowe rozterki Anny Kareniny. Nie sposób posłać pocztą elektroniczną eseju filozoficznego. Media elektroniczne skłaniają do wartościującego epitetu, łatwo przecież napisać „Kowalski to idiota” (choć czasami to prawda), lecz nie sposób dać jego dogłębnej charakterystyki.    

 

Choć doceniamy wagę i znaczenie świata efektywnej egzystencji, a do takiego właśnie świata prowadzi nas „droga na skróty”, mamy poczucie czegoś traconego bezpowrotnie. Bodaj Ionesco w jednej ze swoich sztuk zaprezentował dialog, w którym rozmówcy posługują się typowymi frazami językowymi, nie wychodząc poza językowy bełkot. Chyba nie chcemy żyć w świecie, w którym góruje stereotyp i slogan. Dostaję wysypki, kiedy w sklepie młoda i ładna ekspedientka obdarza mnie zwrotem „w czym mogę panu pomóc”, wychodzę wówczas i nie wracam. Z góry można przewidzieć, jakimi  frazesami i to wielokrotnie powtarzanymi uraczą nas „gadające głowy” w publicystyce telewizyjnej. Coś z goebbelsowskiej propagandy wielokrotnego powtarzania fałszu, aż stanie się prawdą, przetrwało do naszych czasów. Tylko książka może uratować nas przed sztampą i bzdurą. Czytajmy więc, szukając w lekturze prawdy o ludzkich dramatach i uczuciach, o nadziejach na lepszy, mądrzejszy świat, wierząc, że z czasem nastąpi jej (książki) renesans. „Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto cię stracił”. Warto powtarzać te słowa za Mistrzem Adamem.       

 

Gościnnie dla REVIT.HR, Andrzej Ż.

   

Skontaktuj się