Przywództwo w praktyce czyli o mechanikach słów kilka

Przywództwo w praktyce czyli o mechanikach słów kilka  Uwielbiam stare auta. W przerwach między samochodami służbowymi, które czasem mi udostępniano, zawsze starałam się mieć pojazd z duszą (i jeździć komunikacją miejską ale dziś nie o CSR J  jest rzecz). Ostatnio ze starych aut marki Volvo, przeszłam na VW, rocznik 2005. Skóra, drewno, stare wyświetlacze. Córka nazywa nasze autko „Bestia”... dusza waleczna jest.
 
Ale jak to z seniorami bywa, trafiła się usterka. I to nie byle jaka, klima padła w szczycie kanikuły. Trzeba udać się do eksperta. Nieśmiało zajeżdżam do serwisu blisko domu. Właściciel, pan W. nic się nie zmienił, bałagan na placu dramatyczny. „Dobra” myślę „doładują gazem i będzie po bólu”. Niestety, po dwóch godzinach słuchania opowieści właściciela o tym, że źle się dzieje na świecie, dowiaduję się, że to nie czynnik i że ogólnie auto najlepiej zostawić na kilka dni, to oni już mi pomogą … Uciekam gdzie pieprz rośnie pod pretekstem ważnego spotkania za miastem, bo już widzę naszą Bestię samą na tym placu, za kilka dni będzie wyglądać jak reszta gruchotów (ten czerwony w rogu był tu chyba piętnaście lat temu?).
 
Postanawiam nie poddawać się i sprawdzić, czy są firmy, które wiedzą, bez rozmontowania auta, jak naprawia się klimę. Najpierw dzwonię do zaufanego mechanika, ten poleca mi kogoś w Mysiadle, kogo googluję, znajduję telefon, dzwonię. Jest lepiej niż u pana W., ponieważ dowiaduję się, że zanim panowie z Mysiadła rozbiorą silnik na części pierwsze powinnam podjechać do elektronika. Hmmm ciekawe. A najlepszy w elektornice jest pan  G. z Piaseczna, „wie pani za Dekatlonem po prawej”. Wyruszam więc w poniedziałek o świcie, dusza na ramieniu, autko coś też się nie kwapi.
 
Zajeżdżam i z niedowierzaniem parkuję na czystym żwirku, mijam krzesełko „tu wolno palić” ustawione pośród zadbanej zieleni i wchodzę do biura. Za ladą uśmiechnięta pani, trochę jak u lekarza, wypełnia moją i Bestii kartę. OK myślę, może przeżyjemy. Dobrze, że jest jakaś kobieta, żywa, a nie w negliżu na zdjęciu. Nie byłam zapisana, ale klima wiadomo, kwestia życia lub śmierci. Po piętnastu minutach przychodzi do mnie młody mechanik, też bardzo czysty, tłumaczy mi grzecznie, że nie muszę czekać, bo diagnostyka potrwa. Uspokajam go, że mam dobrą książkę i chętnie poczekam. 
 
Siedzę więc i okiem HRowca, znad pasjonującej lektury rozglądam się dyskretnie wokół siebie. Pani w recepcji odbiera telefony, jest miła, umie udzielić prostych informacji. Hala niby blaszak ale toaleta jest damska i męska, jasno oznaczona, nie trzeba się pytać. Jest kilka biur, każde przeszklone i opisane ładną tabliczką: „finanse”, „obsługa klienta”, „dla personelu”. Na półce leżą najświeższe czasopisma od tygodników opinii po damskie miesięczniki. Leżą też dwa egzemplarze Konstytucji RP … Ciekawe połączenie. 
Co jakiś czas ktoś wpada, stali klienci są witani po imieniu i dostają żeton na kawę. Myślę sobie: „o kurcze, porządna firma, pan G. wie jak to się robi”. Na hali Bestia chyba się do mnie uśmiecha, obok młodego człowieka krząta się przy niej starszy, doświadczony, jak ona, mechanik. Jestem w raju różnorodności!
 
Po godzinie tych, jakże ciekawych obserwacji, podbiega do mnie pan w dżinsach i koszuli w kratkę, fachowo tłumaczy, że zepsuł się sterownik, że diagnoza kosztuje X a naprawa (bo nowy to duży koszt) kosztuje Y razem X+Y+VAT. Czy wyrażam zgodę na naprawę? Jasne, że tak. A ile to potrwa (szacuję w myślach 3 dni …). Ku mojemu zaskoczeniu potrwa to  kolejną godzinę. Oooo liczę, stawka godzinowa niezła. No ale co zrobić. Siadam i obserwuję dalej. Odkrywam, że pan w dżinsach to pan G. we własnej osobie. Zaczynam więc obserwować, jeszcze czujniejszym okiem HRowca, kto kryje się za tym wyjątkowym porządkiem, miłą obsługą i medycznym wręcz podejściem do klienta i jego pojazdu. 
 
Pan G. krząta się po firmie, czasem na hali, czasem w biurze. Pani z recepcji łączy go z różnymi osobami, nie do końca rozumiem, o czym mowa, ale podziwiam fachowość i zaangażowanie. Obserwuję też, jak na pana G. reagują pracownicy.  Z szacunkiem i zaufaniem przychodzą podzielić się informacjami, pytają, w lot wykonują polecenia. Niby mała firma, a mam ochotę tu zostać na dłużej. Nawet nie wiem kiedy mija mi czas, tyle ciekawych rzeczy się dzieje, tyle ciekawych obserwacji dla wielkich przedsiębiorstw.
 
Auto naprawione czas odjechać. Dzień zaliczam do udanych, a jeszcze nie minęła jedenasta. Pan G. osobiście przewozi mnie autem, demonstruje, że wszystko działa, tłumaczy, że muszę na chwilę zajechać do Panów do Mysiadła, bo teraz jak działa to trzeba sprawdzić, czy nie brakuje gazu. Ani sekundy nie mam poczucia, że jako kobieta jestem mniej warta rozmowy. Ani sekundy nie mam poczucia, że wielki pan prezes zaszczyca mnie swoją obecnością. Jestem klientem, miałam problem, został rozwiązany. „Jakby coś jeszcze się zawiesiło proszę przyjechać usuniemy błędy bezkosztowo.” Pan G. został moim idolem.
 
Przywództwo nie wymaga garnituru, przywództwa nie da się kupić. Prawdziwy przywódca szanuje swoich ludzi i klientów, dba o ich dobre samopoczucie, o to, żeby czuli się komfortowo i bezpiecznie w jego firmie. Przywódca nie boi się różnorodności w zespole, nie boi się wymagać rzetelności bo sam na co dzień daje przykład, jakim należy być człowiekiem.   
 
Epilog.
Godz. 16.00 dzowni nieznany telefon. Miła pani w słuchawce łączy mnie z panem G.! Prawda, podałam im do siebie numer dobrowolnie, RODO oblige. Pan G. pyta, czy na pewno byłam w Mysiadle, czy panowie sprawdzili gaz. Jestem trochę zaskoczona, ale melduję wszystko co sobie zapisałam, żeby nie gadać głupot. Dziękuję bardzo za zainteresowanie i troskę. „Wie pani, to nie była prosta naprawa, więc upewniam się, że wszystko działa”.  Mistrz.
 
PS Adres Pana G. mogę udostępnić wszystkim potrzebującym. Z przyjemnością. 
 

Skontaktuj się